🐉 Jak Mikołajek Wyobrażał Sobie Dorosłe Życie

Relacja z matką wpływa na Twoje relacje 1:1, na podejście do pieniędzy i jedzenia. Od niej zależy czy w życiu czujesz się bezpieczna, chciana i przyjęta.Jeśl Alkoholizm w rodzinie wywiera tak ogromny wpływ na życie Dorosłych Dzieci Alkoholików, że trudno poradzić sobie z traumatyczną przeszłością bez wsparcia psychologicznego. 3. Postawy dorosłego dziecka alkoholika. Dzieci wychowywane w rodzinie alkoholowej są przyzwyczajone do życia w napięciu. Kiedy byłam w liceum, potrafiłam sobie wyobrazić moje życie w przyszłości perfekcyjnie podzielone na konkretne etapy. Miałam pracować tu, mieszkać tam, mieć rudego kota, męża w konkretnym wieku i mieszkanie o określonym układzie. A potem rzeczywiście przyszła dorosłość i z planów nie pozostało nic. Nawet kot nie jest rudy. WYOBRAŻENIA VS. RZECZYWISTOŚĆ Kiedy Przed Freudem nikt nie myślał o tym jak wielki wpływ mają doświadczenia z dzieciństwa na dorosłe życie człowieka. A jeśli nawet myślał - to nie tak intensywnie jak ojciec psychoanalizy. Freud uznawany jest za prekursora teorii, zgodnie z którą dziecięce doświadczenia znacząco odzwierciedlają się w życiu dorosłym. Znajdź odpowiedź na Twoje pytanie o 1) Jakie zwyczaje twojego domu rodzinnego chcesz przenieść w swoje dorosłe życie ? Opisz je.2) Jakie widzisz zagrożenia wyni… kasia56261 kasia56261 Sprawdź jak zostało rozwiązane zadanie: W jaki sposób bohater książki wyobrażał sobie swoje dorosłe życie? Mikołajek przede wszyst­kim uczęsz­cza do szko­ły, ale bar­dzo waż­nym aspek­tem jego ży­cia jest za­ba­wa z ró­wie­śni­ka­mi. Jego ulu­bio­ny­mi chwi­la­mi w szko­le były przede wszyst­kim prze­rwy, ja­kie spę­dzał z in­ny­mi chłop­ca­mi. Z mediów społecznościowych dowiadujemy się tak, że 24-latkowie układają sobie dorosłe życie.Okazuje się, że obaj związali swoje życie z… Iranem. Paweł Król jest autorem fanpage'a Dziecięce Porażenie Mózgowe a dorosłe życie. Dziecięce Porażenie Mózgowe jest chorobą neurologiczną. Wynika z niedotlenienia mózgu w czasie porodu. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest zazwyczaj błąd lekarski. Zbyt późne podjęcie decyzji o cesarskim cięciu lub też zaniechanie szybkiego umieszczenia dziecka w inkubatorze. WP8QC. „Mikołajek”, streszczenie którego przygotowaliśmy, to szkolna lektura autorstwa francuskiego pisarza polskiego pochodzenia, Rene Goscinny. O czym opowiada? Zobacz film: "Dlaczego dziewczynki mają lepsze oceny w szkole?" spis treści 1. „Mikołajek” – streszczenie według rozdziałów Najmilsza pamiątka Zabawa w kowbojów Rosół Futbol Wizytacja Reks Dżodżo Fajny bukiet Dzienniczki Ludeczka Witamy pana ministra Palę cygaro Tomcio Paluch Rower Zachorowałem Świetnieśmy się bawili Idę z wizytą do Ananiasza Pan Bordenave nie lubi słońca Uciekam z domu rozwiń 1. „Mikołajek” – streszczenie według rozdziałów Najmilsza pamiątka W klasie Mikołajka pojawia się fotograf, który ma za zadanie zrobić klasowe zdjęcie. Niestety, nie udaje się to. Dzieci nieustannie przeszkadzają. Są bardzo niesforne. Wygłupiają się (udają duchy, zakładają worki na głowę). Kiedy ostatecznie są gotowe, fotograf znika. Zabawa w kowbojów Mikołajek zaprasza kolegów do siebie. Bawią się w ogrodzie w kowbojów. Kiedy dochodzi między nimi do konfliktu, tata Mikołajka proponuje, że zostanie jeńcem. Chłopcy przywiązują go do drzewa, co bardzo bawi pana Blédurt, sąsiada Mikołajka. Dzieci idą do domu na podwieczorek, ale nie uwalniają jeńca. Rosół Wychowawczyni Mikołajka rozchorowała się. Zastępował ją pan Dubon, którego dzieci nazywały Rosołem. Nauczyciel poprosił Ananiasza, by pod jego nieobecność pilnował zachowania klasy. Przez przypadek też dowiedział się, jak przezywają go uczniowie. Przeczytaj również: Futbol Alcest zaprosił kolegów na mecz piłki nożnej. Zgłosiło się aż 18 uczniów, co utrudniło podział na dwie drużyny. Chłopcy kłócili się i przepychali. Kiedy doszli do porozumienia, okazało się, że brakuje najważniejszego – piłki. Wizytacja W szkole zjawił się inspektor. W ferworze przygotowań doszło do wypadku: Ananiasz, który miał napełnić kałamarze, rozlał atrament na jednej z ławek. Powstało zamieszanie. Mimo tego wypadku, wizytacja przebiegła pomyślnie. Reks Mikołajek w drodze do szkoły spotkał małego pieska, Reksa, którego jednak mama nie pozwoliła mu zatrzymać w domu. Postanowili jednak zbudować zwierzakowi budę, w czym pomógł tata chłopca. Nagle zjawił się właściciel psa, pan Julian Józef Trempé, i zabrał go do domu. Rodzina Mikołajka była bardzo smutna. Dżodżo W szkole pojawił się nowy uczeń. Nie mówił po francusku, jednak szybko uczył się nowych słów. Niestety, tylko tych niecenzuralnych. Doskonale też boksował. Kolejnego dnia Dżodżo (tak nazwali go uczniowie klasy Mikołajka) nie pojawił się w szkole. Fajny bukiet Mikołajek kupił mamie na urodziny bukiet kwiatów. Kiedy szedł z nim do domu, wiązanka psuła się coraz bardziej. Wręczając ją mamie, ocalał tylko jeden nadłamany kwiat. Mimo to mama była zachwycona. Dzienniczki Euzebiusz i Mikołajek dostali uwagi do dzienniczka. Kiedy tytułowy bohater powieści odprowadzał kolegę do domu, usłyszał, jak jego tata mówi oburzonym głosem. Z kolei tata Mikołajka podpisał uwagę i jej nie skomentował. To zmartwiło Mikołajka, który uznał, że tata go za bardzo nie kocha. Ludeczka Ludeczka to córka koleżanki mamy Mikołaja, która przyszła do niej w odwiedziny. W czasie zabawy dziewczynka wybiła okno w garażu, a winę za to zrzucono na Mikołajka. Przeczytaj również: Witamy pana ministra Do szkoły Mikołajka ma przyjechać minister. Trzech chłopców wyznaczonych do wręczenia bukietu ćwiczy swoje role. Dochodzi do bójki, za co chłopcy zostali zamknięci w pralni. Palę cygaro Mikołajek i Alcest zapalili cygaro, co skończyło się dla chłopców źle. Bardzo słabo się czuli. Mikołajek przyznał się zaniepokojonej mamie, że to efekt palenia tytoniu. Mama odpowiedzialność za to zrzuciła na tatę Mikołajka i zakazała mu palić fajkę w domu. Tomcio Paluch Chłopcy mają przygotować przedstawienie na pożegnanie dyrektora szkoły, który odchodzi na emeryturę. Znowu jednak dochodzi do sprzeczki. Wychowawczyni decyduje, że w takim razie występ się nie odbędzie. Rower Mikołajek dostaje od taty rower, który jest nagrodą za dobre stopnie z arytmetyki. Zanim jednak chłopiec miał okazję się na nim przejechać, jednoślad uległ zniszczeniu. Tata i pan Blédurt zorganizowali zawody kolarskie, które zakończyły się wjechaniem w kubły na śmieci. Zachorowałem Mikołajek zostaje w domu, bo źle się czuje. Niestety, dokonuje wielu szkód. Na wizycie kontrolnej okazuje się, że chłopiec jest zdrowy. Lekarz nakazuje mamie Mikołajka odpocząć. Świetnieśmy się bawili Mikołajek i Alcest poszli na wagary. Kiedy o zwykłej porze chłopiec wrócił do domu, udawał bardzo zmęczonego pobytem w szkole. I to do tego stopnia, że mama postanowiła pozwolić Mikołajkowi zostać w domu kolejnego dnia, by mógł odpocząć. Ten jednak odmówił, bo chciał pochwalić się kolegom, jak było na wagarach. Idę z wizytą do Ananiasza Mikołajek odwiedził kolegę. Niestety, spotkanie było na tyle burzliwe, że mama Ananiasza szybko je zakończyła. Pan Bordenave nie lubi słońca Pan Bordenave to woźna, która pilnuje dzieci na boisku w czasie przerw. A że chłopcy są bardzo niesforni, lubi, kiedy pada deszcz i uczniowie nie mogą wychodzić na zewnątrz. Ma wtedy mniej pracy. Uciekam z domu Mikołajek postanowił uciec z domu i wrócić jak już będzie dorosły i bogaty. Kiedy jednak zaczęło się ściemniać, postanowił wrócić. Nie zdążył jednak na kolację. polecamy Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego było państwem w państwie. Kontrolowało i prześwietlało wszystkie sfery życia w powojennej Polsce. Bezpieki obawiali się nawet wysoko postawieni funkcjonariusze partii. Ministrem był Stanisław Radkiewicz, ale szarą eminencją miała być Julia Brystygier. Kiedy w Związku Patriotów Polskich w Moskwie, jeszcze przed końcem wojny, zaczęto dyskutować o tym, jak nową powojenną Polskę urządzić, było jasne, że łatwo nie będzie, a utrzymanie władzy bywa trudniejsze niż jej zdobycie. Stąd w tworzonych już latem 1944 r. nowych strukturach państwa zasadnicze miejsce przypadło Resortowi (później Ministerstwu) Bezpieczeństwa Publicznego, które miało trzymać społeczeństwo w karbach. Otrzymało ono potężne środki finansowe (miało większy budżet niż ministerstwo oświaty i wielokrotnie większy niż ministerstwo zdrowia) i niemal nieograniczoną władzę. Według danych przytoczonych w publikacji IPN „Aparat Bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza” na jednego funkcjonariusza bezpieki przypadało ok. 1300 obywateli, a w połowie lat 50. za „element podejrzany” uważano ponad pięć milionów obywateli (tyle nazwisk znalazło się w kartotekach). W kolejnych fazach umacniania nowego systemu bezpieka rozprawiła się z niepodległościowym podziemiem, opozycją polityczną, by na końcu przystąpić do walki z najważniejszym przeciwnikiem – Kościołem. Droga Julii Brystygier do bezpieki nie była typowa, nie wyszła ona np. ze szkoły NKWD jak niektórzy inni wysoko postawieni funkcjonariusze w MBP. Podobno w ogóle nie chciała pracować w resorcie bezpieczeństwa. Jak opowiadał Jakub Berman w rozmowie z Teresą Torańską, Luna uważała, że „niezbyt się zna na tej robocie”. Przekonać mieli ją Gomułka i Bierut: „Powołali się na obowiązek partyjny, dali nakaz i poszła. Została dyrektorem Departamentu V Społecznego i pod swoją opieką miała sprawy kleru oraz środowisk twórczych”. Patrząc na zainteresowania Julii i wcześniejszą działalność – zaangażowana była w redagowanie komunistycznych pism, odezw, sprawy propagandy, ale też kwestie społeczne, pomoc dla komunistów przed wojną i w czasie wojny itp. – można by przypuszczać, że rzeczywiście myślała o miejscu dla siebie w innym ministerstwie. Luna była już wtedy zasłużoną i doświadczoną towarzyszką, która całe dorosłe życie podporządkowała służbie idei komunistycznej, więc nawet jeśli jakieś wątpliwości co do służby w bezpiece miała, to szybko o nich zapomniała. Kontroli Brystygier podlegały organizacje młodzieżowe i społeczne, partie polityczne, instytucje kulturalne i oświatowe, a także Kościół katolicki i inne związki wyznaniowe. Jej ludzie pisali więc charakterystyki biskupów, ale też kandydatów na studia, rozbijali legalną początkowo opozycję i zajmowali się byłymi akowcami (choć zasadniczo walka z tzw. reakcyjnym podziemiem należała do Departamentu III). Tysiące spraw dużych i małych, ale dla podejrzanych zawsze poważnych. Znalezienie się w polu zainteresowania bezpieki nie wróżyło niczego dobrego: w najlepszym razie nieprzyjemności i kłopoty, w najgorszym – wieloletnie więzienie lub śmierć. O nadzwyczajnej pozycji Luny w MBP świadczyło jednak nie to, że jej departament zajmował się tak wieloma różnorodnymi sprawami, ale raczej fakt, że ona sama wiele decyzji podejmowała samodzielnie, nie tłumacząc się z nich nawet ministrowi. Co więcej, jak twierdził Berman, „w wielu przypadkach starała się zachować pewną samodzielność, opierając się takim czy innym sugestiom doradców radzieckich, co nie było proste”. Sowieccy doradcy byli wtedy umieszczeni przy ministrze, w poszczególnych departamentach resortu i urzędach bezpieczeństwa w terenie. Liczba doradców mogła sięgać kilkuset osób. W każdym razie fakt, że Luna próbowała nie brać pod uwagę „sowietników”, pokazuje, jak pewnie się czuła i jak silna była jej pozycja w resorcie. O tym, dlaczego Julia miała taką władzę, krążą różne opowieści, często oparte na plotkach o jej rzekomych romansach z najbardziej wpływowymi w powojennych latach komunistami: Jakubem Bermanem, Hilarym Mincem czy nawet samym Bierutem. Rzeczywiście od czasów ZPP w Moskwie Luna znała dobrze Bermana, a jeszcze wcześniej w Samarkandzie poznała Minca, ale nic o bardziej intymnym charakterze ich relacji nie wiadomo. Z pewnością jednak Julia Brystygier należała do komunistycznej elity, wąskiego grona jeszcze przedwojennych polskich komunistów, którzy przetrwali stalinowską czystkę w 1937 r. Bez względu na przyczyny rzeczywista pozycja Luny w strukturach władzy powojennej Polski była zdecydowanie wyższa, niż wynikałoby to ze stanowiska dyrektora departamentu. Inna sprawa, że na uznanie Bermana i innych Luna solidnie zapracowała – była piekielnie inteligentna i bystra, umiała planować operacje nie trzy, ale kilkanaście kroków naprzód i jak nikt inny w szeregach bezpieki wydawała się znać ludzką naturę i umieć szukać u przeciwników ich najsłabszych punktów. Właśnie tę umiejętność wykorzystała w walce z Kościołem, kładąc nacisk na rozpracowywanie go od środka. W swoich instrukcjach zwracała uwagę np. na fakt, że mimo celibatu księża mają rodziny, mają matki i tam należy uderzać. Albo że idealną metodą umieszczenia agentów w uważanych za niedostępne klasztorach jest wykorzystanie żebraków. Luna, wbrew swoim obawom, że się nie zna na tej „robocie”, okazała się – znów wedle słów Jakuba Bermana – „naprawdę wybitnym pracownikiem Bezpieczeństwa i na tle innych dyrektorów czy naczelników nieodznaczających się wielkimi talentami i stosujących dosyć toporne często metody zdecydowanie się wyróżniała”. Taka ocena nie jest zaskakująca, bo brak kadr był jedną z największych bolączek polskich komunistów na nowo urządzających powojenną Polskę. W raportach MBP z pierwszych lat działalności powtarza się utyskiwanie na nieobsadzone etaty. Co prawda o kadrach dla Służby Bezpieczeństwa myślano już dużo wcześniej – jesienią 1940 r. Sowieci zorganizowali tzw. Aleksandrowską Szkołę NKWD, do której trafili też Polacy. Część z nich kontynuowała później szkolenie w specjalnej szkole w Gorki, wśród nich Józef Czaplicki, późniejszy szef Departamentu III. Kolejne szkolenia prowadzone przez NKWD odbyły się nieco później, w 1944 r., w Kujbyszewie – stąd ich absolwentów nazwano później „kujbyszewiakami”. Poza nimi w bezpiece znaleźli się też inni funkcjonariusze, którzy współpracowali lub pracowali z NKWD jeszcze wcześniej. Wśród nich np. Józef Różański, późniejszy szef Departamentu Śledczego, który dla sowieckiego aparatu represji pracował już od 1939 r. Wyszkolonych przez NKWD specjalistów było jednak za mało, poza tym potrzebni byli funkcjonariusze niższego szczebla. To również od nich miało zależeć powodzenie zainstalowania komunizmu w Polsce, więc nie zostawiono tej sprawy przypadkowi. Kadrami w MBP zajmował się przysłany przez Sowietów pułkownik Mikołaj Orechwa. W opracowanej już w kwietniu 1945 roku instrukcji określił, kto może być przyjęty do służb: osoby ideowo oddane sprawie demokracji, które prezentują wysoki poziom moralny, mają odpowiednie kwalifikacje fachowe i fizyczne oraz dostateczne wykształcenie ogólne. W praktyce lojalność wobec sprawy komunistycznej – to, czy ktoś jest politycznie pewny – bywała jedynym z wymaganych warunków. Wielkim problemem było też kiepskie wykształcenie funkcjonariuszy, z których niektórzy mieli ukończonych tylko kilka klas szkoły podstawowej, np. jeden z najbardziej brutalnych oficerów śledczych, ppłk Józef Dusza, ukończył jedynie siedem klas szkoły podstawowej. Trudno powiedzieć, ilu pracowników MBP było w rzeczywistości zagorzałymi komunistami, a dla ilu decydująca w wyborze pracy była jednak możliwość awansu społecznego. A także poczucie władzy, które wcale nie musiało wiązać się z wysokimi stanowiskami, bo przecież i strażnik w areszcie miał nad uwięzionymi władzę niemal absolutną. W tym kontekście ciekawy jest list oficera śledczego Jana Kierasa. Kiedy w bezpiece rozpoczęły się pierwsze rozliczenia, Kieras został zwolniony z pracy (za stosowanie tzw. niedozwolonych metod, czyli przemocy) i w grudniu 1954 r. napisał taką oto skargę: „Zwolnienie z pracy w organach BP, było dla mnie podobne do pozbawienia człowieka tego, z czym nigdy się nie rozstawał na przestrzeni szeregu lat, co uważał za cząstkę swojego życia, za coś bez czego nie wyobrażał sobie życia”. I dalej: „Już nie wiem, Towarzyszu jak mam prosić i do kogo się zwrócić, by mnie choć trochę zrozumiano, że przecież jako syn wiejskiego biedaka, znającego jedynie pracę u bogatych kułaków, aż do wyzwolenia nawet nigdy nie pomyślałem, bym mógł być czymś innym niż mój ojciec. A jednak od pierwszych chwil po wyzwoleniu pokochałem to nowe nieznane i niezrozumiane, dla którego gotów byłem w każdej chwili oddać wszystko nawet życie. Dzisiaj chociaż by mnie nawet postawiono pod mur, lub cięto na kawałki, to do ostatniej chwili będę twierdził, że przez cały czas w organach BP pracowałem jak tylko najwierniej i najuczciwiej dla Partii i dla Ojczyzny […]”. Choć sposób myślenia Kierasa – z obecnego punktu widzenia – może wydawać się trudny do zrozumienia, nie był jednak wtedy odosobniony. Nie był on jedynym, jak sam określał, „ciemnym synem chłopskim, pastuchem i wyrobnikiem”, który służbę w bezpiece postrzegał jako swego rodzaju prezent od losu, szansę na lepsze życie dla siebie. W kontekście tego, z czym wiązała się ta praca, jest to wstrząsająca konkluzja. Piętnastego maja 1945 roku minister bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz wydał rozkaz nr 19, grożący pociągnięciem do odpowiedzialności tych funkcjonariuszy Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego oraz Milicji Obywatelskiej, którzy dopuszczali się wobec zatrzymanych „czynów bezprawnych” i stosowali „niejednokrotnie niedopuszczalne metody bicia i znęcania się”. A takie metody, jak pisał minister, „przejęte od hitlerowców i faszystów” były niegodne pracowników bezpieki. Radkiewicz mógł wydać taki rozkaz, zdarzały się nawet przypadki wyciągania konsekwencji wobec brutalnych ubeków, ale w rzeczywistości przemoc, i to na straszną skalę, była wpisana w system. Owe „niedopuszczalne metody bicia i znęcania się” były na porządku dziennym. Co więcej, to pod kątem właśnie brutalności oceniano użyteczność oficerów śledczych. Jeśli ktoś nie umiał bić, uznawano, że nie umie pracować. Okrucieństwo wobec przesłuchiwanych nasilone było zwłaszcza w pierwszych latach powojennych, kiedy bezpieka miała rozbić niepodległościowe podziemie, a potem legalną jeszcze początkowo opozycję. W październiku 1956 r. na VIII plenum KC PZPR powołano komisję do zbadania odpowiedzialności partyjnej za wypaczenia w organach bezpieczeństwa. W jej sprawozdaniu czytamy, że wytworzony został „cały system udręk, poniżających godność człowieka, doprowadzających podejrzanych do krańcowego wyczerpania, a w wielu wypadkach do stanu obłąkania”. Zaznaczono też, że choć pod koniec 1949 r. bicie stało się mniej powszechne, to jednak zachowano wiele takich metod, jak np. zamykanie nago w karcerze czy tzw. konwejer, czyli przesłuchiwanie bez przerwy przez kilka dni (zmieniali się tylko przesłuchujący). Jak w tej systemowej przemocy odnalazła się Julia Brystygier? Trudno ustalić dokładnie moment, kiedy zaczęła być nazywana Krwawą Luną, ale powodem nadania jej takiego przydomka miało być jej osobiste okrucieństwo, podszyte sadystycznymi fantazjami. Jednak wbrew temu, co się o Brystygierowej mówi i pisze, jak dotąd nie ma udokumentowanych relacji o tym, że rzeczywiście osobiście znęcała się nad więźniami. Te przypadki, które są opisywane, albo są nieścisłe, albo pochodzą z niewiadomego źródła. Zastanawiające też jest, że choć nie brakuje dowodów na osobiste okrucieństwo innych funkcjonariuszy MBP, to jednak właśnie Julia Brystygier stała się swego rodzaju mrocznym symbolem bezpieki. Być może wpłynął na to fakt, że była jedyną kobietą na tak wysokim stanowisku w MBP, co przyciągało do niej uwagę i nie przysparzało przyjaciół. To, że Luna mogła nie mieć na rękach krwi w sensie dosłownym, nie zmienia faktu, że musiała wiedzieć o tym, co dzieje się kilka pięter pod jej gabinetem na ulicy Koszykowej w Warszawie. Wydawała instrukcje, decyzje i wiedziała, co one oznaczają. Jej późniejsze, już z połowy lat 50., tłumaczenia, że nigdy nie była w areszcie, ani nie brzmią wiarygodnie, ani nie zmieniają jej odpowiedzialności moralnej i karnej. się pan Bludért, śmiejąc się do rozpuku. Panowie jak zwykle zaczynają się przedrzeźniać, a Mikołajek marzy, żeby wsiąść wreszcie na swój rower. Nie zanosi się na to, bo ojciec chłopca zamierza ścigać się z sąsiadem. Pan Bludért pokonuje wyznaczoną trasę w dziewięć i pół minuty, tata zaś przepada gdzieś aż na piętnaście. Okazuje się potem, że wpadł na kubły na śmieci i wykrzywił Mikołajek opowiadał o tym Kleofasowi, ten przyznał mu się, że jego ojciec postąpił kiedyś identycznie. Chłopcy dochodzą do wniosku, że wszyscy tatusiowie są tacy ZachorowałemMikołajek, po dniu pełnym cukierków i innych słodyczy, w nocy rozchorował się. Pan doktor kazał mu leżeć w łóżku i przestrzegać diety. W odwiedziny przyszedł Alcest. Miał ze sobą pudełko czekoladek, więc mama Mikołajka uprzedziła, że jej synek nie może tego jeść. Gość dość opryskliwie odpowiedział, że „to przecież nie dla niego”. Mikołajek miał jednak wielką ochotę na słodycze. Chłopcy przy okazji pobili się i do akcji wkroczyła mama. Bardzo się zdenerwowała, kiedy zobaczyła wymiętą i brudną od czekolady pościel. Ale była to tylko jedna z wielu przygód tego Mikołajek zaczął czytać książeczkę o niedźwiadku. Zgłodniał w międzyczasie i poszedł do kuchni, żeby samemu przygotować sobie posiłek. Nie chciał przeszkadzać mamie, ponieważ go o to prosiła. Kiedy jednak otworzył lodówkę, usłyszał groźne „Mikołaju...” i wszystko wypadło mu z rąk. Ochlapał się mlekiem i kremem z ciastek. Mama musiała, podobnie jak po wypadku z czekoladkami, przebrać go. Mikołajek postanowił, że będzie już grzeczny. Nie bardzo mu się to udało, bo bez pytania wziął ważne notatki taty i rysował na nich okręty, samoloty i wybuchające samochody. W dodatku posłużył się piórem, z którego wyciekał atrament i znów trzeba było zmienić

jak mikołajek wyobrażał sobie dorosłe życie